Monday, June 6, 2011

    (Znalazłam w Internecie moje bardzo dawne tłumaczenie, opublikowane kiedyś tam w Fantastyce. )                                                          

                                                               J. G. Ballard
                                                           Uśmiech Wenus
Rozczarowanie zamiast oczarowania.
- Chyba zdaje pan sobie sprawę z tego, jak się pan ośmieszył, panie Hamilton - powiedziała moja sekretarka, gdy wracaliśmy z uroczystości.
- Nie przesadzaj - odparłem. - Skąd mogłem wiedzieć, że Lorraine Drexel stworzy właśnie coś takiego?
- Pięć tysięcy dolarów - mruknęła pod nosem. - A przecież to tylko kupa starego żelastwa! Do tego ten hałas! Nie oglądał pan jej projektów? W końcu od czego jest Komitet Sztuki?
Moja sekretarka zawsze zwracała się do mnie w ten sposób, ale teraz było to uzadnione. Zatrzymałem samochód pod drzewem na skraju placu i obejrzałem się. Krzesła już uprzątnięto, rzeźbę otaczał wianuszek gapiów. Jacyś turyści stukali w jedną z podpórek, powodując drżenie cienkiego metalowego szkieletu. Rzeźba wydawała z siebie monotonne, piskliwe kwilenie, które rozchodząc się w świeżym porannym powietrzu przyprawiało przechodniów o ból zębów.

 - Dziś popołudniu Raymond Mayo poleci to stąd usunąć - powiedziałem. - Jeśli przedtem ktoś nas nie wyręczy. Ciekawe, gdzie jest teraz panna Drexel? 

 - O, już jej pan w Cynobrowych Piaskach nie zobaczy, o to może być pan spokojny. Założę się, że w tej chwili jest gdzieś w połowie drogi do Czerwonej Plaży.

 - Odpręż się. - Pogłaskałem Carol po ramieniu. - Ślicznie wyglądałaś  w tej nowej spódniczce. - Prawdopodobnie Medyceusze myśleli tak samo o Michale Aniele. Kto z nas ma prawo do wygłaszania autorytatywnych sądów?

 - Pan ma - odparła Carol. - Było nie było jest pan członkiem Komitetu!

 - Kochanie, to jest rzeźba dźwiękowa - zacząłem tłumaczyć cierpliwie. Chciałabyś zacząć wojnę, którą społeczeństwo przegrało trzydzieści lat temu?

Do biura jechaliśmy w ciężkim milczeniu. Rozdrażnienie Carol brało się stąd, że musiała siedzieć obok mnie na podium w czasie, gdy wygłaszałem mowę, którą publiczność co chwilę przerywała złośliwymi pytaniami. Ale nawet gdyby wysłuchali mnie w skupieniu, nie zmieniłoby to faktu, że dzieło, które doskonale nadawało się na Expo 75 lub Biennale Weneckie w Cynobrowych Piaskach było passé. 

  
   Kiedy postanowiliśmy z Raymondem Mayo zamówić rzeźbę dźwiękową z przeznaczeniem na plac w centrum Cynobrowych Piasków, zgodziliśmy się, że poprzemy któregoś z lokalnych artystów. Ale choć mieszkało tu kilkudziesięciu zawodowych rzeźbiarzy, tylko troje z nich raczyło zaprezentować się przed Komitetem. Z tego dwóch barczystych i brodatych facetów, o olbrzymich dłoniach, którzy zgłosili się jako pierwsi, przedstawiło nam projekty nie do przyjęcia: pierwszy proponował wibrujący aluminiowy słup o wysokości stu stóp, drugi - wyjącą grupę rodzinną kolosalnych rozmiarów, której wykonanie wymagałoby osadzenia ponad piętnastu ton bazaltu na megalitycznej schodkowej piramidzie. Wyproszenie każdego z nich z gabinetu Komitetu zabrało mi godzinę.

  Jako trzecia zgłosiła się kobieta, Lorraine Drexel. Ta elegancka i arystokratyczna postać w kapeluszu z ogromnym rondem, o oczach przywodzących na myśl czarne orchidee, była niegdyś modelką i przyjaciółką Giacomettiego i Johna Gage'a. Ubrana w suknię z niebieskiego krepdeszynu, przystrojoną zwojami koronki i innymi symbolami art nouveau, siedziała przed nami niczym Salomea zbiegła ze świata Aubreya Beardsley'a. Jej wielkie oczy patrzyły na nas z hipnotyzującym spokojem, jak gdyby w tej właśnie chwili odkryły coś wyjątkowego w dwóch uprzejmych dyletantach z Komitetu Sztuki.
   W Cynobrowych Piaskach mieszkała dopiero od trzech miesięcy - przybyła tu z via Berle, Kalkuty i Centrum Nowej Sztuki w Chicago. Jak dotąd większość jej rzeźb nagradzano za ich tantryczne i hinduistyczne pieśni. Pamiętałem, że miała krótki romans ze sławnym na cały świat rockowym artystą, zagorzałym wielbicielem sitara, który zginał później w wypadku samochodowym. W tamtej chwili jednak żaden z nas nie pomyślał o zupełnie nieznośnych dla ucha, jękliwych, urywanych dźwiękach tego piekielnego instrumentu. Lorraine Drexel pokazała nam album ze fotografiami swoich rzeźb, interesujących chromowanych konstrukcji, sympatycznie przywodzących na myśl te z ilustracji w najnowszych pismach poświęconych sztuce. Kontrakt podpisaliśmy w niespełna pół godziny.

   Po raz pierwszy zobaczyłem rzeźbę na trzydzieści sekund przed rozpoczęciem swej mowy, którą miałem wygłosić przed grupą starannie dobranych notabli z Cynobrowych Piasków. Pojęcia nie mam, czemu żaden z nas nie dopilnował, żeby obejrzeć rzeźbę wcześniej. Już sam tytuł wydrukowany na zaproszeniach - "Dźwięk i kwant: samorodna synteza 3" - brzmiał dość dziwnie, a ogólny kształt zasłoniętej konstrukcji był jeszcze bardziej podejrzany. Spodziewałem się stylizowanej postaci ludzkiej, tymczasem struktura pod akustycznymi zasłonami miała proporcje radaru średniej wielkości. Lorraine Drexel usiadła na podium obok mnie i omiotła ironicznym spojrzeniem tłum widzów na dole. Senny uśmiech nadawał jej wygląd oswojonej Mony Lisy. 
 Do dziś nie mogę wytrzeć z pamięci tego, co ukazało się naszym oczom, kiedy Raymond Mayo pociągnął za sznurek. Razem z postumentem rzeźba liczyła trzy i pół metra wysokości. Trzy wrzecionowate metalowe nogi, zdobione ostrogami i poprzeczkami, łączyły cokół z trójkątnym wierzchołkiem. Na nim umieszczono nieregularną strukturę, która na pierwszy rzut oka przypominała kratownicę chłodnicy wyjętą ze starego Buicka. Struktura owa miała kształt litery "U" szerokości półtora metra, a spomiędzy jej skierowanych do góry ramion wystawał rząd piszczałek o długości trzydziestu centymetrów każda, przypominających wyglądem zęby olbrzymiego grzebienia. Do posągu przylutowano na chybił trafił, jak mi się zdawało, ze dwadzieścia lub trzydzieści niewielkich skrzydełek.
 I to wszystko. Cała ta kompozycja z odrapanego chromu miała wygląd zardzewiałej, nikomu do niczego nie potrzebnej anteny. Rozpocząłem swą mowę nieco zaskoczony pierwszymi piskliwymi dźwiękami emitowanymi przez rzeźbę, a kiedy byłem w połowie zauważyłem, że Lorraine Drexel opuściła miejsce obok mnie. Ludzie na widowni zaczęli wstawać z miejsc, zatykać uszy, wołać do Raymonda, żeby założył powrotem akustyczną zasłonę. Jakiś kapelusz poszybował ponad moja głową i wylądował na jednej z piszczałek. Do tej chwili rzeźba emitowała przerywane piskliwe skomlenie, sitarowe pomiaukiwanie, które zdawało się rozrywać szwy w czaszce. W odpowiedzi na krzyki i protesty, poczęła wyrzucać z siebie urywane dźwięki przypominające klakson, co wprowadziło zamieszanie w ruchu ulicznym na oddalonej krawędzi placu.
 Publiczność zaczęła opuszczać plac en masse, moje pełne zająknięć, zresztą zupełnie niesłyszalne, przemówienie dobiegło końca, a zawodzenie rzeźby przeplatało się z okrzykami i drwinami. Carol pociągnęła mnie za ramię, jej oczy miotały błyskawice. Raymond nerwowo wyciągał przed siebie rękę.
 Tylko my troje pozostaliśmy na podwyższeniu; cały plac pokryty był rzędami poprzewracanych krzeseł. Loraine Drexel stała jakieś dwadzieścia metrów od jęczącej teraz żałośnie rzeźby. Spodziewałem się wściekłości, zgoła furii na jej twarzy, tymczasem oczy rzeźbiarki wyrażały spokojną, nieprzejednaną pogardę wdowy w żałobie, którą znieważono na pogrzebie męża. Podczas gdy my trwaliśmy w dziwacznym oczekiwaniu, patrząc jak wiatr roznosi porzucone programy, odwróciła się na cienkim obcasie i odeszła przez plac.


   Nikt inny nie chciał zająć się rzeźbą, więc ostatecznie spadło to na mnie. Lorraine Drexel opuściła Cynobrowe Piaski w dniu, w którym zdjęto konstrukcję z cokołu, ale zanim wyjechała, Raymond zdążył jeszcze odbyć z nią krótką rozmowę przez telefon. Przewidując, że będzie nieprzyjemna, zrezygnowałem z podsłuchiwania z drugiego aparatu.

  - No i co? - spytałem. - Zabiera rzeźbę?

  - Nie. Powiedziała, że rzeźba należy do nas. - odparł strapiony Raymond.
   - Do nas dwóch?
   
- Do wszystkich. - Raymond podryfował w stronę butelki whisky stojącej na stole na werandzie. - A potem się roześmiała. 

   - Świetnie. A z czego?
   
- Nie wiem. Powiedziała, że z czasem to polubimy.
   Nie było gdzie złożyć rzeźby, więc umieściłem ją w swoim ogrodzie. Bez kamiennego postumentu liczyła niecałe dwa metry wysokości. Osłonięta krzewami przycichła nieco i nadawała teraz przyjemną harmonijną melodię; delikatne ronda rozpływały się w upalnym popołudniowym powietrzu. Sitarowe brzdąkanie, które rzeźba wydawała z siebie na placu, będące może patetycznym miłosnym wołaniem Lorraline Drexel do nieżyjącego ukochanego, zamilkły zupełnie, jak gdyby rzeźba została przestrojona. Tam, na tym fatalnym odsłonięciu, byłem zbyt przejęty, żeby jej się dokładnie przyjrzeć, ale odnosiłem wrażenie, że w ogrodzie wygląda ona lepiej niż w Cynobrowych Piaskach, gdzie chromowane podpórki i abstrakcyjne kształty na tle pustej przestrzeni miały w sobie coś z reklamy wódki. Po kilku dniach przestałem ją zauważać.

   Mniej więcej tydzień później odpoczywaliśmy sobie po lunchu na leżakach. Już prawie zasypiałem, kiedy Carol powiedziała: 
- To się chyba porusza, panie Hamilton.

  - Co się porusza?

   Carol siedziała z odwróconą głową.
- Rzeźba - odparła. - Zmieniła wygląd.

   Przyjrzałem się uważnie dziełu znajdującemu się jakieś siedemdziesiąt metrów od nas. Kratownica chłodnic na wierzchołku była lekko przekręcona, ale trzy nogi stały mniej więcej pionowo.
  
- Pewnie deszcz ostatniej nocy zmiękczył podłoże - odparłem.
    Posłuchałem cichej melodii unoszonej ciepłymi podmuchami wiatru i senny ułożyłem się z powrotem. Słyszałem, jak Carol cztery razy zapala papierosa, a potem przechodzi przez werandę.
Kiedy obudziłem się godzinę później, siedziała na leżaku wyprostowana i marszczyła brwi.

- Połknęłaś coś? - spytałem. - Wyglądasz, jakbyś się czymś martwiła.
  
Wtedy coś przyciągnęło moją uwagę. Przez chwilę obserwowałem rzeźbę .
 - Masz rację. To się porusza - przyznałem, na co Carol pokiwała głową.
   Kształt rzeźby zmienił się zauważalnie. Chłodnica rozciągnęła się, przybierając kształt otwartej gondoli, piszczałki celowały w niebo, trzy nogi stały szeroko rozkraczone. Zdawało się, że wszystkie kąty uległy zmianie.

   - Byłam pewna, że pan to w końcu zauważy - powiedziała Carol, gdy szliśmy w kierunku rzeźby. - Z czego ona jest zrobiona?

  - Chyba z kutego żelaza. Musi też zawierać mnóstwo miedzi lub ołowiu. Wygięła się pod wpływem ciepła. 

  - Ale dlaczego wygięła się do góry, a nie w dół?

   Dotknąłem ramienia podpórki. Uginało się elastycznie i wibrowało pod moja dłonią, gdy powietrze przechodziło przez skrzydełka. Uchwyciłem podpórkę obiema rękami próbując ją unieruchomić. Wyczuwałem słabe, lecz równomierne pulsowanie.
   Zrobiłem krok do tyłu i starłem z dłoni odpryski chromu. Melodyjne dźwięki Mozarta już się skończyły, teraz rzeźba wydawała serię niskich akordów niby z Mahlera. Spojrzawszy na bosą Carol stojącą obok, przypomniałem sobie, że zamawiając rzeźbę u Lorraine Drexel ustaliliśmy jej wysokość na dwa metry. Tymczasem była ona wyższa od Carol o dobry metr, gondola zaś miała szerokość półtora do dwóch metrów. Krokwie i podpórki wydawały się jakby grubsze i solidniejsze.
  
- Carol - powiedziałem. - Czy mogłabyś przynieść mi jakiś pilnik. - Chcę sprawdzić, czy nie zwariowałem.

   Naciąłem kilka niewielkich karbów w odległościach równych szerokości pilnika. Metal był miękki i łatwo się poddawał, powierzchnię pokrywała warstwa rdzy, ale pod nią błyszczał srebrzyście.
- Wystarczy - uznałem robiąc ostatnie nacięcie. - A teraz chodźmy się czegoś napić.

  Usiedliśmy na werandzie i czekaliśmy. Patrzyłem na rzeźbę i mogłem przysiąc, że się nie ruszała. Ale kiedy podeszliśmy do niej godzinę później, stwierdziliśmy, że gondola znowu się odwróciła i zwisała teraz nad nami jak ogromne metalowe usta. Nie było potrzeby sprawdzać za pomocą pilnika odległości między nacięciami. Zwiększyły się co najmniej podwójnie.

- Niech pan spojrzy - powiedziała Carol, wskazując na jeden z kolców. Zewnętrzną warstwę chromu przebijało mnóstwo drobnych wypukłości. W jednej czy dwóch było widać powiększające się otwory. Niewątpliwie miały to być nowe piszczałki.
   Zbadałem ostrożnie pozostałe części rzeźby. Na całej jej powierzchni wyrastały nowe metalowe pędy - łuki, kolce, ostre podwójne spirale - na skutek czego przekształcała się w konstrukcję solidniejszą i znacznie bardziej skomplikowaną. Emitowała teraz mieszankę słyszanych przez nas wcześniej tu i ówdzie dźwięków, przeplatających się fragmentów różnych uwertur i symfonii. Liczyła teraz ponad cztery metry wysokości. Dotknąłem jednej z jej masywnych podpórek i poczułem silniejsze niż poprzednio, równomiernie rozchodzące się, pulsowanie. 
Zaniepokojona Carol patrzyła na mnie spod oka.

  - Nie przejmuj się - powiedziałem. -To tylko rośnie.

  Wróciliśmy na werandę i patrzyliśmy.
 O szóstej wieczorem rzeźba osiągnęła rozmiary drzewka. Natchnione, jednoczesne interpretacje Uwertury akademickiej Brahmsa i Pierwszego Koncertu Fortepianowego Rachmaninowa ryczały na cały ogród.

   - Najdziwniejsze w całej sprawie jest to, że Drexel jest nadal tu obecna - stwierdził Raymond następnego ranka, siłując przekrzyczeć muzykę.
   - Masz na myśli rzeźbę?

   - Nie tylko. Weź jakąkolwiek jej część, a przekonasz się, że motywy ciągle się powtarzają. Każde skrzydełko, każda spirala jest utrzymana w autentycznym stylu Drexel, zupełnie jakby ona sama je kształtowała. Tylko trzeba przyznać, że to zamiłowanie do kompozytorów późnego Romantyzmu ma się dziwnie do jej umiłowania sitara, ale według mnie nie jest to wcale złe. Założę się, że za chwilę usłyszymy Beethovena, przypuszczalnie Symfonię "Pastoralną".
  
- A następnie wszystkie pięć koncertów fortepianowych, granych równocześnie - zauważyłem kwaśno. Irytowały mnie gadatliwe zachwyty Raymonda muzycznym potworem stojącym w moim ogrodzie. Zamknąłem okna na werandzie życząc mu w duchu, żeby coś podobnego zainstalowało się w salonie jego mieszkania w centrum miasta.
  - Chyba nie będzie to rosło w nieskończoność?

  - Co według pana powinniśmy z tym zrobić? - spytała Carol podając Raymondowi drugą szklankę whisky. 

    Raymond wzruszył ramionami. 
- Czym się przejmujecie? - spytał lekko. - Jak rzeźba zacznie burzyć domy, to ją porąbiecie. Chwała bogu, że ją zabraliśmy z Cynobrowych Piasków. Co by tam się działo, gdyby …?

   Carola dotknęła mojego ramienia.
- Panie Hamilton, a może o to właśnie chodzi tej Drexel? Żeby rzeźba rozrosła się na całe miasto i żeby wszyscy powariowali od jej muzyki…

  - Niech cię nie ponosi - ostrzegłem. - Tak jak mówi Raymond, możemy porąbać ją w każdej chwili i oddać do przetopienia.

   - To co nas powstrzymuje?

   - Chcę zobaczyć, co się jeszcze stanie - odparłem, ale tak naprawdę to moje motywy były bardziej złożone. Podejrzewałem, że Lorraine Drexel, zanim wyjechała, wpuściła do rzeźby jakiegoś ducha, żeby dokonać na nas dziwacznej zemsty za wyszydzenie jej dzieła. Jak zauważył Raymond, obecny hałas muzyki symfonicznej nie miał nic wspólnego z żałosnym kwileniem, które rzeźba emitowała na odsłonięciu. A może te smutne akordy miały być requiem dla jej zmarłego kochanka, albo - czego nie można wykluczyć - wołaniem ciągle jeszcze kochającego serca? Jakiekolwiek były jej motywy, przybrały one postać dziwnej parodii, stojącej w moim ogrodzie.
   Obserwowałem rzeźbę, jak powoli zbliża się przez trawnik. Upadła już pod swoim ciężarem i leżała na boku, czyli na olbrzymiej kanciastej spirali liczącej siedem metrów długości i około pięciu wysokości. Przypominała futurystyczny szkielet wieloryba. Nadawała teraz fragment suity z "Dziadka do orzechów" i Symfonii Włoskiej Mendelssohna, zagłuszonych raz po raz grzmiącymi fragmentami ostatnich akordów Koncertu Fortepianowego Griega. Wybór tej poszatkowanej klasyki był chyba specjalnie przemyślany, by działać mi na nerwy.
  Spędziłem obok rzeźby prawie całą noc. Kiedy Carol poszła spać, podjechałem samochodem do krawędzi trawnika tuż przy domu i włączyłem reflektory. Światło wyłuskało ją z ciemności - wyła teraz sama do siebie. W żółtym świetle reflektorów pączkowały coraz to nowe piszczałki. Stopniowo traciła swój pierwotny kształt - zakończona zębami kratownica najpierw zwinęła się, a następnie wypuściła podpórki i odgałęzienia, które spiralnie kierowały się ku górze i wypuszczały kolejne odnóża. Krótko po północy rzeźba zaczęła się pochylać i nagle runęła.
   Wykonała teraz ruch korkociągu. Plinta została wyniesiona wysoko w powietrze i obracając się powoli zawisła gdzieś w środku plątaniny, natomiast główne ognisko aktywności znalazło się na drugim końcu dzieła. Rzeźba rosła coraz szybciej. Obserwowaliśmy z Raymondem pojawianie się nowych pędów. Gdy tylko jedna z podpórek zakrzywiła się, natychmiast pod opadającym chromem tworzyło się niewielkie wybrzuszenie. W ciągu minuty wyrastał z niego kolec długości dwóch centymetrów, który następnie grubiał i sam zaczynał się zaginać. Pięć minut później był już w pełni ukształtowaną piszczałką o długości trzydziestu centymetrów.

      Raymond wskazał dwóch sąsiadów, którzy zaalarmowani dochodzącą muzyką weszli na dachy swych domów. - Wkrótce zjawią się tu wszyscy mieszkańcy Cynobrowych Piasków. Na twoim miejscu przykryłbym to dźwiękochłonną zasłoną. 

   - Musiałaby mieć rozmiar kortu tenisowego. Tak czy owak, najwyższy czas coś z tym zrobić. Spróbuj odnaleźć Lorraine Drexel. Ja natomiast chciałbym się dowiedzieć, dlaczego to rośnie.
    Za pomocą piły odciąłem ramię długości pół metra i wręczyłem je doktorowi Blackettowi, ekscentrycznemu, lecz sympatycznemu sąsiadowi, który w wolnych chwilach parał się rzeźbiarstwem. Weszliśmy na względnie zaciszną werandę. Piszczałki wydały kilka przypadkowych dźwięków, fragmentów z kwartetu Webera.
  
- I co pan o tym sądzi?

   - Niesłychane - stwierdził Blackett. Zgiął rurkę. - Wydaje się elastyczna. - Obejrzał się na rzeźbę. - Doskonała mutacja. Prawdopodobnie też fototropizm. Niemal jak roślina.
   
- Czy to żyje?

   - Drogi Hamiltonie, oczywiście, że nie. - Roześmiał się. - Niby jak mogłoby żyć?
   
- To skąd bierze nowy materiał? Z ziemi?
   
- Z powietrza. Nie mam pewności, ale zgaduję, że jest to przyśpieszona synteza alotropowej odmiany tlenku żelaza. Inaczej mówiąc, czysto fizyczne przemieszczanie się składników rdzy. - Patrzył na rzeźbę z rozmarzeniem, gładząc bujne, sztywne wąsy. - Muzyczne kuriozum, nieprawdopodobna kombinacja wszelkich fałszywych tonacji, jakie kiedykolwiek skomponowano. Ta rzeźba musiała doznać jakiegoś urazu dźwiękowego. Zachowuje się tak, jakby pozostawiono ją na tydzień pod czymś w rodzaju kolejowej stacji przetokowej. Nie wie pan, co to mogło być?

   - Pojęcia nie mam. - Unikałem jego wzroku, gdy razem szliśmy w kierunku rzeźby. Zadawała się czuć, że się zbliżamy, bo zaczęła trąbić pierwsze takty "Uroczystego Marszu Wojskowego" Edwarda Elgera. Umyślnie myląc krok spytałem Blacketta: - Czyli wystarczy porąbać ją na pięcio centymetrowe kawałki, żeby wreszcie ucichła?
   
- Tak, jeśli panu na tym zależy. Ciekawiej jednak byłoby zostawić ją w spokoju, o ile oczywiście zniesie pan hałas. Absolutnie nie ma niebezpieczeństwa, że będzie rosła w nieskończoność. - Dotknął jednego z kolców. - Jeszcze twardy, ale powiedziałbym, że to już niedługo. Wkrótce zacznie mięknąć jak przejrzały owoc i rozpadać się na kawałki, grając na koniec, miejmy nadzieję, "Requiem" Mozarta i końcówkę z "Zmierzchu Bogów" Wagnera. - Odsłonił zęby w uśmiechu. - Umrze, jeśli pan woli.


    Nie docenił jednak Lorraine Drexel. Następnego dnia o świcie zbudził mnie potworny hałas. Rzeźba liczyła już dwadzieścia metrów długości i przecinała klomby po obu stronach ogrodu. Słychać było ją tak, jak gdyby orkiestra w pełnym składzie grała w środku ogrodu "Symfonię Szalonego Kapelusznika". Na końcu, gdzieś obok ogródka skalnego, piszczałki nadal przedzierały się przez katalog Romantyzmu, mieszaninę Mendelssohna, Schuberta i Griga, podczas gdy te obok werandy grały już zgrzytliwą i synkopową muzykę Strawińskiego i Stockhausena.

   Obudziłem Carol i zasiedliśmy do nerwowego śniadania.
  
- Panie Hamilton! - zawołała nagle Carol. - Niech pan patrzy!

   Najbliższe wici były już tylko o półtora metra od oszklonych drzwi werandy. Największe odnogi liczyły dziesięć centymetrów średnicy i pulsowały, jak woda pod ciśnieniem w strażackim wężu.
 Kiedy po ulicy zaczęły krążyć pierwsze samochody policyjne, udałem się do garażu po piłę do metalu.
 Metal był miękki, więc ostrze zagłębiło się weń latwo. Odpiłowane kawałki składałem na stosie po jednej stronie. Doktor Blakett powiedział, że oddzielone od rzeźby będą nieaktywne. W powietrzu rozchodziły się pojedyncze dźwięki. Do drugiej po południu odpiłowałem prawie połowę rzeźby, która dzięki temu odzyskała znośne proporcje.
   
- To powinno ją powstrzymać - powiedziałem do Carol. Obszedłem rzeźbę dookoła odłupując co hałaśliwsze kolce. - Jutro skończę z nią zupełnie.

   Nie zdziwiłem się, gdy zadzwonił Raymond i oznajmił, że Lorraine Drexel zaginęła bez śladu.

   Tej nocy obudziłem się po drugiej, kiedy kawałki szyby rozprysnęły się po podłodze mojej sypialni. Przez wybite okno przechodziła olbrzymia metalowa spirala przypominająca szpon, a jej rurki piszczały mi nad głową. Półksiężyc rzucał z góry na ogród delikatne światło. Rzeźba się wyprostowała - była dwa razy wyższa niż w swoim szczytowym momencie poprzedniego ranka. Jej splątana konstrukcja rozciągała się na cały ogród, przypominając szkielet zburzonego budynku. Najbardziej rozwinięte wici dosięgały okien sypialni, podczas gdy inne wspięły się nad garażem i skierowały pędy w dół poprzez dach, rozrywając ocynkowaną blachę.
   Tysiące piszczałek na całej rzeźbie błyszczało w świetle padającym z okna. Grały, dzięki Bogu, finał "Symfonii Apokaliptycznej" Brucknera.
 Poszedłem do Carol, śpiącej w pokoju znajdującym się na szczęście po drugiej stronie domu i wymogłem na niej obietnicę pozostania w łóżku. Następnie zatelefonowałem do Raymonda Mayo. Zjawił się w ciągu godziny z palnikiem tlenowo-acetylenowym na tylnym siedzeniu samochodu i butlami wybłaganymi od miejscowego przedsiębiorstwa budowlanego.
  Rzeźba rosła prawie tak szybko, jak ją cięliśmy, ale za piętnaście szósta, gdy zaczynało świtać, udało nam się ją pokonać.

   Doktor Blackett był świadkiem cięcia na kawałki ostatnich fragmentów rzeźby.
 - Tam, w ogródku skalnym leży część, którą ledwo słychać - powiedział. - Moim zdaniem, warto ją zachować.

 Otarłem rdzawy pot z twarzy i pokręciłem przecząco głową. 
- Nie. Przepraszam, ale już to przerabialiśmy.

   Blackett pokiwał glową ze zrozumieniem i popatrzył posępnie na to z rzeźby pozostało - stos odrapanego żelastwa.
 Oszołomiona nieco Carol przyglądała się pobojowisku, nalewając nam kawy i brandy. Kiedy zwaliliśmy sią obaj na leżaki, z rękami i twarzami brudnymi od rdzy i odłamków metalu zauważyłem cierpko, że chyba nikt nie może zarzucić Komitetowi braku zaangażowania w projekty.
   Zrobiłem ostatni obchód po ogrodzie. Zabrałem część, o której wspominał Blackett, a następnie zaprosiłem tam lokalnego przedsiębiorcę budowlanego, który właśnie przyjechał ciężarówką. Załadowanie do niej złomu - w przybliżeniu półtorej tony - zabrało mu i jego dwóm pomocnikom około godziny.
   
- Co z tym zrobić? - spytał, wsiadając do szoferki. - Zawieźć do muzeum?
  
- Broń Boże! - Prawie wrzasnąłem. - Proszę się tego pozbyć. Zakopać albo jeszcze lepiej przetopić. Byle szybko!

   Po odjeździe ciężarówki przeszliśmy się z Blackettem po ogrodzie. Ogród wyglądał tak, jak gdyby eksplodowała w nim bomba rozpryskowa. Wszedzie walały się grudy darni, a trawa, tam, gdzie nie poszarpała jej rzeźba, została stratowana przez nas. Trawnik pokrywały odpryski żelaza niby kurz, w ostrym słońcu rozpływał się cichy szmer zagubionych dźwięków.

   Blackett schylił się, by zgarnąć dłonią coś, co przypomiało ziarna. 
- Zęby smoka. Wyjrzy pan jutro oknem i zobaczy, jak wschodzi "Msza B mol"... - Przepuścił je między palcami. - Jednak to chyba koniec.

   Lorraine Drexel zaskarżyła nas do sądu. Widać przeczytała w gazetach reportaże i uznała, że nadarza się jej dobra okazja. Nie wiem, gdzie była do tej pory, za to jej adwokaci zjawili się jak spod ziemi, wymachując kontraktem i wskazując klauzulę, w której gwarantowaliśmy, że będziemy chronić rzeźbę przed zniszczeniem przez wandali, zwierzęta czy zamieszki uliczne. Najbardziej bolała ją szkoda, jaką wyrządziliśmy jej reputacji - skoro postanowiliśmy usunąć rzeźbę, to powinniśmy byli dopilnować, żeby umieszczono ją w jakimś bezpiecznym miejscu, zamiast ciąć ją na oczach wszystkich, a potem oddać na złom. Za ten afront, dokonany z premedytacją, jak utrzymywali adwokaci, należało się odszkodowanie w wysokości co najmniej pięćdziesięciu tysięcy dolarów.

     W czasie wstępnych przesłuchań prędko się zorientowaliśmy, że najtrudniej będzie przekonać tych, którzy tego nie widzieli, że rzeźba samoistnie rosła, co zatrącało o absurd. Szczęśliwie udało nam się uzyskać parę odroczeń, więc próbowaliśmy z Raymondem odszukać jakichś pozostałości tego arcydzieła. Ale wszystko, co udało nam się znaleźć, to kawałki podpórek, teraz już całkiem nieaktywne, rdzewiejące w piasku na skraju wysypiska złomu w Czerwonej Plaży. Widocznie przedsiębiorca budowlany z moim zezwoleniem wysłał szczątki rzeźby do huty w celu ich przetopienia.

    Zatem wszystko zależało od skuteczności naszej obrony. Obaj z Raymondem zeznaliśmy, że rzeźba rosła, po czym Blackett wygłosił długi wywód, w którym zawarł opinię na temat muzycznych niedociągnięć rzeźby. Sędzia, stetryczały, nerwowy starzec ze szkoły faworyzującej wieszanie, był przekonany, że z niego kpimy. Przegraliśmy na samym starcie.
 Ostatnie posiedzenie sądu odbyło się dopiero dziewięć miesięcy po uroczystości odsłonięcia rzeźby w centrum Cynobrowych Piaskach. Wyrok nie był dla nas żadnym zaskoczeniem: Lorraine Drexel wygrała trzydzieści tysięcy dolarów.

   - Teraz myślę, że powinniśmy byli wybrać słup - powiedziałem do Carol, gdy wychodziliśmy z sali sądowej. - Nawet ta schodkowa piramida nie narobiłaby tyle kłopotu.

     Raymond dołączył do nas i wyszliśmy na balkon na końcu korytarza zaczerpnąć trochę powietrza.
     
- Nieważne - odparła Carol. - Cieszę się, że już koniec.

     Patrząc na dachy Cynobrowych Piasków zastanawiałem się, czy zapłacić te trzydzieści tysięcy dolarów z własnej kieszeni.

     Budynek sadu był nowy, a nasza sprawa - o ironio! - była pierwszą, którą w nim rozpatrywano. Znaczna część podłogi i ścian nie została jeszcze wykończona; balkon czekał na wyłożenie płytkami. Stałem na wystającym metalowym spojeniu. Piętro, może dwa piętra niżej nitowano zapewne dźwigary, bo belka pode mną delikatnie wibrowała.
  Ale nie dochodziły do nas żadne odgłosy nitowania, zaś ruch pod moimi stopami był nie tyle wibrowaniem, co pulsowaniem.
  Schyliłem się i dotknąłem metalu, budząc zaciekawienie Raymonda i Carol.
  
   - Co się stało, panie Hamilton? - spytała Carol, gdy się wyprostowałem.

     - Raymond, ile czasu minęło, odkąd zaczęli stawiać ten budynek? -zapytałem. - Ściślej mówiąc, jego stalowy szkielet.
  
   - Jakieś cztery miesiące. A bo co?
  
  - Cztery - przytaknąłem powoli. -A powiedz mi, ile czasu, twoim zdaniem, potrzeba, żeby dowolny kawałek złomu został przetopiony w hucie i wrócił do obiegu?
   
- Lata, jeśli zalegnie na jakimś składowisku złomu.

  - A jeśli od razu zostanie przewieziony do huty?
  
- Miesiąc, może mniej.
   
Zacząłem się śmiać. - Dotknijcie tego! - wydusiłem, pokazując na spojenie. - Tylko dotknijcie!

   Spojrzeli na mnie marszcząc brwi, a następnie uklękli i przyłożyli dłonie do spojenia. Raymond uniósł gwałtownie głowę. Przestałem się śmiać.

   - Czujesz?

   - Czy czuję? Ależ ja to słyszę. Rzeźba Lorraine Drexel. Jest tutaj!

   Carol poklepywała spojenie i nasłuchiwała.
 - Moim zdaniem, to mruczy - stwierdziła ze zdziwieniem. - Wydaje dźwięk zupełnie jak ta rzeźba.

    Kiedy znowu zacząłem się śmiać, Raymond chwycił mnie za ramię. 
- Opanuj się! - wrzasnął. - Wkrótce cały budynek zacznie śpiewać.
  
- Wiem - odparłem słabym głosem. - I nie tylko ten budynek.
Ująłem Carol pod rękę. - Chodź, zobaczymy, czy już się zaczęło.

   Weszliśmy na najwyższe piętro. Wkrótce mieli zjawić się tam tynkarze, więc ustawiono rusztowania i zgromadzono listwy. Z niewykończonych ścian co pięć metrów wystawały stalowe połączenia.
  Nie musieliśmy długo szukać.
  Z jednego stalowego połączenia pod dachem sterczała długa metalowa spirala i już formowała sie w niej delikatna rurka piszczałki. Nie ruszając się z miejsca naliczyliśmy tuzin innych. Wydawały słabe brzęczące odgłosy, niby muzycy, którzy przybyli za wczesnie na próbę jakiejś gigantycznej sitarowej orkiestry, usadowionej na każdej równinie, na każdym wzgórzu na ziemi. Przypomniałem sobie, że ostatnio słyszęliśmy tę muzykę na uroczystości w Cynobrowych Piaskach, kiedy Lorraine Drexel siedziała obok mnie. Wtedy rzeźba wzywała zmarłego kochanka, teraz grała jakby refren.
    
- Autentyczna Drexel - powiedziałem. - Z całym jej manieryzmem. Jeszcze nie ma na co patrzeć, ale poczekajmy, aż to ruszy. Rozerwie budynek na kawałki. I wyobraźcie sobie ten hałas.

    - Panie Hamilton, mówił pan, że rzeźbę przetopili? - spytała Carol przyglądając się uważnie jednemu z prętów. 

    - Przetopili, aniele. W ten sposób wróciła do obiegu, połączyła się ze wszystkimi metalami, z którymi się zetknęła. Rzeźba Lorraine Drexel jest tutaj, w tym budynku, w wielu innych budynkach, w statkach, samolotach, w milionach nowych samochodów. Nawet jedna śrubka lub kulka w łożysku wystarczy, żeby rozwalić całą resztę.

   - Nie dopuszczą do tego - powiedziała Carol. 

  - Możliwe - przyznałem. - Otoczyłem Carol ramieniem i zacząłem z nią tańczyć w rytm dzikiej abstrakcyjnej muzyki, która z jakichś względów wydała mi się teraz piękna, jak oczy Lorraine Drexel. - Powiedziałaś, że to koniec? To dopiero początek, Carol. Niedługo cały świat będzie śpiewał.
(1957)



przekład : Monika J.Sujczyńska

No comments:

Post a Comment

Mój cioteczny pradziadek  Kazimierz Juniewicz